środa, 29 stycznia 2014

Czterdzieści jeden.

Marsz Mendelsona. Wokoło kilkuset gości czekających aż panna młoda przekroczy wrota starego, zabytkowego sanktuarium. Ołtarz tonie w kwiatach, białych liliach i czerwonych detalach. Wzdłuż ławek poustawiane były stojaki ze zwisającymi bukietami, a wpadające przez okna światło słoneczne odbijało się od kryształów umiejscowionych przy żyrandolach. Całość wręcz zapierała dech w piersiach!
Zbyszek odnalazł w tłumie swoich rodziców, po czym zajęliśmy obok nich miejsca. Chwilę później masywne drzwi kościoła otworzyły się, a w progu pojawiła się najważniejsza osoba dzisiejszego dnia. Jej uroda onieśmieliłaby każdego. Długa suknia włóczyła się po czerwonym dywanie, a w jej błękitnym spojrzeniu można było zobaczyć strach i tremę. 
- Nudzi  mi  się – szepnął Zibi, który nie  był dość częstym uczestnikiem mszy świętych.
- Przecież nie możemy wyjść w połowie ślubu – mruknęłam kładąc swoją dłoń na jego.
- Ale ja już naprawdę tutaj nie wytrzymam – narzekał bawiąc się moim pierścionkiem.
- Zbyszek, proszę Cię, nie zachowuj się jak dziecko. Zaraz będzie przysięga, a później już tylko z górki – pokrzepiłam go delikatnie się uśmiechając.
- Czy te wszystkie ceremonie muszą być takie… nudne? Tutaj nic się nie dzieje. Same oklepane formułki – nie dawał za wygraną, chcąc jak najprędzej wyjść na świeże powietrze.
- A czego się spodziewałeś?
- Mogłoby się zacząć coś dziać – burknął rozglądając się dookoła – mógłby ktoś zemdleć lub chociaż ksiądz mógłby się pomylić.
Pokiwałam z politowaniem głową, a na resztę uwag Zbyszka nie zwracałam już uwagi. Byłam wpatrzona jak w obrazek w wydarzenia rozgrywające się przed ołtarzem. W końcu przyszła pora na najważniejszą część ceremonii. Zakochani mieli powiedzieć sobie sakramentalne tak.
- Przepraszam, ale ja tak nie mogę – odbiło się echem po całym kościele, a później świątynie wypełnił stukot obcasów.
- Wreszcie coś się dzieje - atakujący aż zaklasnął w dłonie - teraz jeszcze potrzebowałbym popcornu. 
- Zbyszek! Zachowuj się - zganiła go pani Jadwiga 
- No mamo, ale przyznaj, że wreszcie ten ślub nie jest jakimś nudnym szitem – burknął siatkarz, próbując przekonać swoją rodzicielkę do swoich poglądów.
Na marne. Bartman Junior wysłuchał kilkuminutowego kazania, porównywalnego długością do tego, które wygłosił ksiądz z ambony.
- Przepraszam Was bardzo – w głośnikach odezwał się głos niedoszłego pana młodego, a później i on wybiegł z kościoła.
Po całym wnętrzu świątyni rozległy się szepty. Czekaliśmy kilkanaście minut, aż w końcu rodzice Anety przeprosili wszystkich za kłopot i podziękowali za przybycie, co oznaczało tylko jedna: panna młoda uciekła sprzed ołtarza.
Chwyciłam moją kopertówkę i za siatkarzem wyszłam na dwór. Zbyszek zamienił kilka zdań z kuzynami i wujostwem, po czym wsiedliśmy do samochodu.
- Fajny ten ślub, mogę bywać na takich częściej – rzucił zmieniając biegi i włączając się do ruchu.
- Zobaczymy czy będzie tak fajnie jak w przyszłości to Tobie dziewczyna zwieje spod ołtarza – zaśmiałam się włączając radio.
- Mam nadzieję, że mi tego nie zrobisz.. – uśmiechnął się do mnie na ten swój intrygujący sposób.
Od razu zrobiło mi się ciepło na sercu, z brzucha uwolniło się stado motylków, a przez ciało przeszedł dziwny dreszcz.
- Ja? Masz aż takie poważne plany wobec mnie? – zdziwiona uniosłam brwi do góry.
- Tak – odparł z nadzwyczajnym stoickim spokojem – myślę, ba! ja to wiem na miliard procent! Jesteś dla mnie najważniejsza osobą na świecie i po prostu zrobię wszystko, żeby Cię nie stracić.
- Mam nadzieję, że nie chcesz mi się oświadczyn – mruknęłam spanikowana, nie bardzo zdając sobie w tej chwili sprawę z idiotyzmu mojej wypowiedzi.
- Wszystko w swoim czasie, kochanie – podsumował dodając gazu.
Błyskawicznie znaleźliśmy się pod jego rodzinnym domem. Zbyszek przez dłuższą chwilę szukał w kieszeniach marynatki kluczy, ale zanim je znalazł jego rodzice zdążyli wrócić i otworzyć dom.

- Możemy wrócić dzisiaj do Rzeszowa? Mam dziwne przeczucie – poprosiłam, gdy byliśmy już na górze.
- Coś się stało? – spytał siłując się z krawatem.
- Bartek dzwonił kilkanaście razy – rzuciłam wkładając szpilki do walizki, i tak na razie mi się nie przydadzą.
- Chcesz wracać tylko dlatego, że Kurek dzwonił?  - zdenerwował się Zbyszek.
- Naprawdę mam złe przeczucia – kontynuowałam, próbując go choć trochę uspokoić.
- Nie martw się, jak kocha to poczeka – rzucił wychodząc z pokoju.
Pozostało po nim tylko trzaśnięcie drzwi wejściowych. Szybko wybiegłam na balkon.
- Zibi, zaczekaj! – krzyknęłam, ale na nic były moje wołania.
Siatkarz kompletnie mnie olał i gdyby nigdy nic wciąż szedł przez siebie. Błyskawicznie zamieniłam sukienkę na coś wygodniejszego i zbiegłam po schodach.
- Pokłóciliście się? – pani Jadwiga zatrzymała mnie w korytarzu.
- Chyba tak – przyznałam wlepiając wzrok w czubki butów.
- Nie martw się Słonko. On sobie musi to wszystko poukładać. Zaraz wróci i wszystko będzie po staremu.

- Oby pani miała racje – szepnęłam nerwowo przebierając nogami – lepiej pójdę go poszukać – rzuciłam wybiegając z domu.  


szalona ja
tak bardzo komplikuje sobie życie.
pozdro 600. 

czwartek, 23 stycznia 2014

Czterdzieści.

Od samego poranka, a trzeba zaznaczyć fakt, że z łóżka udało nam się wstać dopiero w okolicach godziny dziesiątej, rozpoczęliśmy przygotowania do uroczystości.
Błyskawicznie udaliśmy się w szaloną pogoń, której metą były łazienkowe drzwi. Podkładając Zbyszkowi nogę dotknęłam dłonią metalowej klamki.
- Wygrałam! - wydałam z siebie okrzyk radości.
- To nie było fair! - oburzył się próbując odciągnąć mnie od drzwi. 
- Wszystko było fair, przecież nie ustalaliśmy żadnych zasad - pokazałam mu język znikając w pomieszczeniu.
-Niech ja Cię tylko dorwę... - usłyszałam jeszcze jego zdeterminowany głos, który później zagłuszył już szum obijającej się o brodzik wody. 
W łazience siedziałam już od dobrych dwudziestu minut dosuszając moje jak zwykle rozwichrzone włosy, chociaż bardziej pasuje tutaj stwierdzenie rude pukle.
- Aguuś, długo jeszcze? – dopytywał siatkarz dobijając się do drzwi – chyba nie chcesz żebyśmy się spóźnili!
- Trzeba było wcześniej wstać! – burczę próbując ułożyć grzywkę jednocześnie malując kreski na powiece.
- Iśka.. wpuść mnie, bo naprawdę się spóźnimy – nalegał, a wręcz błagał.
Narzuciłam na siebie luźną koszulkę i przekręciłam kluczyk wpuszczając Bartmana do środka. Siatkarz zmierzył mnie wzrokiem zadziornie się uśmiechając. Prychnęłam pod nosem zdmuchując z czoła pasma włosów.
 -Nie patrz tak na mnie – rzuciłam widząc w lustrze jego pełen pożądania wzrok  - nie mogę się skupić.
Zibi tylko wzruszył ramionami i zniknął w kabinie prysznicowej. Skupiona z wyciągniętym na wierzch koniuszkiem języka kończyłam swój makijaż. Nie licząc tego, że dwa razy dobierałam cienie do powiek, efekt był bardzo satysfakcjonujący. Z włosami było o wiele gorzej. Jak na złość nie chciały się ułożyć tak jak sobie to wyobraziłam. Grzywka odstawała praktycznie w każdą stronę, a reszta włosów, które miały swobodnie jako fale opadać na ramiona, splątały się niczym supły.
Nawet nie zauważyłam kiedy Zbyszek zakończył swoją szybką kąpiel i znalazł się tuż obok mnie. Wyszeptał mi do ucha, że pięknie wyglądam i pocałował w policzek delikatnie obejmując w pasie. Uśmiechnęłam się promiennie widząc jak kąciki ust mojego towarzysza również unoszą się do góry.
- Kocham Cię. Kocham Cię najmocniej na świecie – obróciłam się przytykając swoje wargi do jego.
Kilkakrotnie muskał moją górną wargę, czasami subtelnie ją przygryzając. Przejechał językiem po dolnej wardze, po czym zatopiliśmy się w naszym intymnym tańcu. Naszym małym, osobistym świecie, w którym istniejemy tylko i wyłącznie my.
- Zibi, chyba się śpieszyliśmy – zaśmiałam się, gdy jego jeszcze mokra dłoń spoczęła na moim udzie.
W odpowiedzi usłyszałam tylko jego ciężkie westchnięcie, po czym pomógł mi zeskoczyć z umywalki. Gdy wychodziliśmy z łazienki po domu rozniósł się głos pani Jadwigi wzywającej nas na obiad. Ze splecionymi dłońmi zbiegliśmy na dół i zasiedliśmy przy stole.
- Tylko patrzeć, a to wy staniecie na ślubnym kobiercu – westchnął pan Leon – jak ten mój synek szybko dorasta.
- Tato, proszę Cię przestań – mruknął wyraźnie zawstydzony Bartman.
- Ale Zbysiu, tata po prostu nie może wyjść z podziwu jak szybko wymężniałeś i wyrosłeś. Pamiętam jakby to było wczoraj gdy biegałeś po ogródku z stroju cowboya. Miałeś wtedy może jakieś pięć lat – Jadwiga sięgnęła pamięcią do wspomnień z dzieciństwa syna.
- Przestańcie mnie kompromitować – domagał się siatkarz, ale jego rodzice wcale nie odpuszczali.
Dlatego też w czasie obiadu dowiedziałam się kilku ciekawostek z życia mojego chłopaka. W wieku siedmiu lat stracił swojego mleczaka w bitwie o blondwłosą Jankę ze starszym kolegą. W ostatniej klasie gimnazjum prawie wyrzucili go ze szkoły za kolejne bójki.
- Mamooo!  - jęczał atakujący tracąc powoli apetyt.
Pani Jadzia tylko szeroko się uśmiechnęła i zakończyła na dziś swoje opowieści.
Na górę wróciłam z markotnym Bartmanem, który wcale nie kipiał energią tak jak wcześniej. Był zażenowany faktem, że dowiedziałam się o kilku rzeczach które on za pewne chciał przede mną ukryć. Z grobową wręcz miną nakładał swój garnitur walcząc z zawiązaniem krawatu.
- Ubierz muchę będzie ładniej – wtrąciłam się w jego walkę podając czarną „kokardę” – nie obrażaj się – dodałam muskając jego policzek.
Włożyłam sukienkę, a stopy wsunęłam w czarne szpilki. Kilkakrotnie patrzyłam na swoje lustrzane odbicie poprawiając każdą niedoskonałość. W końcu gdy efekt był po części zadowalający zaczęłam wrzucać najpotrzebniejsze rzeczy do kopertówki. Natrafiając na mój telefon komórkowy, wręcz się przeraziłam. Na ekranie widniało dwadzieścia sześć nieodebranych połączeń od Bartka.
- Iś, pośpiesz się, zaraz wyjeżdżamy – ponaglał mnie Bartman podając żakiet.
Przez cały ten pośpiech totalnie zapomniałam o telefonach od Kurka. Przypomniała mi dopiero melodia wypływająca z głośnika mojej komórki. Automatycznie odebrałam połączenie.
- Aguś! Wreszcie! – Bartosz jakby odetchnął z ulgą.
- Co się stało? Dzwoniłeś tyle razy, a ja miałam wyciszony telefon – ponaglałam go widząc, że Zibi parkuje już pod kościołem.
- Gdzie jesteś?
- W Warszawie – odpowiadam szybko wychodząc już z samochodu.
- Jak to Warszawie?  - dziwi się – Z kim? Po co?

- Ze Zbyszkiem, na ślubie jego kuzynki. Bartek naprawdę nie mogę teraz rozmawiać. Wchodzimy już do kościoła. Zadzwoń jutro! – cmoknęłam do telefonu i wyciszając go schowałam do torebki.



***
O rety! Wreszcie mi się udało coś naskrobać. 
Wybaczcie mi nieobecność... ale życie mi się trochę jebie.  

piątek, 3 stycznia 2014

Trzydzieści dziewięć.

Tymczasem w całkiem innej części Polski, patrząc na mapie na południ kraju, a dokładnie to w Rzeszowie – stolicy województwa podkarpackiego cały w skowronkach Bartosz parkował swój sportowy samochód pod jednym z bloków. Miał cudowną wiadomość, którą wręcz musiał podzielić się ze swoją przyjaciółką. Wdrapał się po schodach i nacisnął na dzwonek agnieszkowego mieszkania.
Pierwszy raz. Zero odzewu.
Drugi raz. Zero odzewu.
Trzeci raz. Usłyszał jak coś wewnątrz mieszkania upada.
Nacisnął na klamkę i delikatnie popchnął drzwi do przodu. Już w korytarzu zauważył bałagan, co bardzo go zdziwiło, bo Aga nie była raczej typem bałaganiarza. Podniósł leżące na podłodze zdjęcia, które wcześniej zdobiły jedną ze ścian. Jak najciszej stawiał kolejne kroki w stronę salonu. Jednak i tam oprócz bałaganu nie zastał nikogo. Wyszedł na otwarty balkon, a gdy tylko przestąpił jego próg usłyszał trzask drzwi wejściowych. Kurek zbiegł czym prędzej na dół, w tym samym czasie wybierając numer na policje.
- To znowu Ty? – warknął przyciskając włamywacza do ziemi.
Bartek był o wiele silniejszy i szybszy, wiec z łatwością dogonił uciekiniera.
- A Ty jeszcze się od niej nie odpieprzyłeś? – wysyczał Darek, próbując wyswobodzić się z uścisku, który zafundował mu siatkarz – i tak nie zaruchasz.
- Nie zamierzam – Kurek oburzony uniósł głos – zaraz przyjedzie policja. Teraz się nie wywiniesz skurwielu.
- Twoje nieodczekanie – odgryzał się.
- Po co tu przyszedłeś? Mało już narobiłeś Iśce kłopotów? – kontynuował przyjmujący, nie przestając dociskać Dariusza do chodnika.
- Bo sam mam kurwa problemy i potrzebuje hajsu – warknął.
Po okolicy rozniosły się policyjne syreny.  

~*~
Westchnęłam głęboko opadając na zbyszkowe łóżko. Ten spacer naprawdę mnie wykończył. Spóźniliśmy się na kolacje przez co Zibi został zmuszony do samodzielnego przygotowania nam posiłku. Jego rodzice pojechali do rodziców panny młodej, aby pomóc im w ostatnich poprawkach przed jutrzejszą ceremonią. Dlatego teraz, po tym jak przebrałam się w spodenki i luźną koszulkę, którą podebrałam siatkarzowi, leżałam wbijając wzrok w biały  sufit z ze splecionymi na brzuchu dłońmi. Zastanawiałam się jak długo to wszystko potrwa. Jak długo Zbyszek będzie jeszcze przy mnie. Cieszyłam się z jego obecności, z jego bliskości. Jednocześnie bojąc się, że  w każdej chwili mogę go tak po prostu stracić i już nigdy nie odzyskać. To przykre, ale w większości przypadków miłość przynosi przeważnie ból.
Słysząc delikatne skrzypnięcie drzwi, szybko podniosłam się i usiadłam po turecku na łóżku. Plecy oparłam o ścianę delektując się przyjemnym chłodem, który dawała. W takie upalne dni zrobię wszystko, aby poczuć choć trochę orzeźwienia. Bartman z szerokim uśmiechem postawił przede mną tacę ze swoim jak mniemam popisowym daniem, i to bardzo kalorycznym daniem! A przecież sportowcy to chyba na jakiejś diecie powinni być…
- Chcesz mnie utuczyć? – zapytałam widząc stos naleśników wypełnionych nutellą, spryskanych bitą śmietaną w sprayu i obsypanych kolorową posypką…
 O Boże, czemu to tak korci i wygląda tak przepysznie?
- Nie chce nic mówić, ale przydałoby Ci się kilka kilogramów tu i tam – pstryknął mnie w nos usadawiając się obok mnie.
- Źle wyglądam? – uniosłam lewą brew do góry krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
- Uważam, że zmieniasz się w kościstą Anję Rubik, a ja nie chce Cię zgnieść podczas przytulania – objął mnie ramieniem cmokając ustami w skroń.
Zrobiłam minę smutnego borsuczka, wywijając dolną wargę.
- Hej, hej! Jemy! Nie smutamy – zaśmiał się podając mi talerz z naleśnikami – musisz zjeść co najmniej trzy!
- Bartman nie żartuj sobie nawet – fuknęłam – ja nawet jednego nie zjem..
- Misztal no… chociaż dwa – mruknął mi wprost do ucha.
- Półtora. Pójdźmy na kompromis – wyciągnęłam dłoń, którą on w geście zgody, chwilę później uścisnął.
Bo zjedzeniu tej mega dużej ilości cukru i wszelakich słodkich substancji myślałam, że rozerwie mi najpierw żołądek, a później brzuch. Za to Zibi pochłaniał co rusz to nowego naleśnika, nie zamierzając zaprzestać.
- A Twoja siatkarska dieta, czy coś? Masz zamiar już się nie ruszać po boisku? – zaśmiałam się kładąc się wygodnie na łóżku.
- Oj tam.. raz to chyba sobie mogę pozwolić, co nie? – zrobił minę małego chłopca, któremu mama nie chce kupić resoraka.
- Ja tam nie wiem – wzruszyłam ramionami przymykając oczy – najwyżej dostaniesz opieprz od trenera.
- Zrzucę to na Ciebie – pokazał mi język.
Kopnęłam go w udo co tylko troszeczkę go rozzłościło. Odłożył tacę na biurko i jedną ręką trzymając nad głową oba moje nadgarstki, drugą podparł się i zawisnął nade mną. Musnął z największą subtelnością i gracją moje usta, co kompletnie nie pasowało do jego zaborczego charakteru atakującego. Usiadł na łóżku ciągnąc mnie w swoją stronę. Oplotłam jego biodra nogami, dłonie układając na policzkach. Badałam fakturę jego skóry kciukiem. Poczułam, jak przez jego ciało przechodzą dreszcze, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Głęboko patrzyliśmy w swoje oczy, nie widząc poza nimi żadnego świata. Byliśmy w swoim własnym wymiarze.
Zasnęłam objęta przez jego silne ramię, czując jego oddech na szyi.

I wiecie co? Chciałabym usypiać tak każdego następnego dnia, aż do końca świata, a nawet i dłużej. 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Trzydzieści osiem.

Tydzień później z przyklejonym do twarzy uśmiechem wysiadłam pod jednym z warszawskich domków jednorodzinnych.  Zbyszek jak na dżentelmena przystało podał mi w dłoń, a w drugiej trzymając nasz bagaż, prowadził do drzwi.
Przyjechaliśmy dzień wcześniej, aby uniknąć szykowania się na ostatnią chwilę. Bartman przestrzegł mnie przed wszystkimi swoimi wścibskimi ciotkami, czekającymi tylko na nowy kąsek do plotkarskiego pożarcia, którym ewidentnie miałam stać się ja.
-  Wiem, że to może dzieję się szybko i w ogóle – zaczął siatkarz gdy zbliżaliśmy się już do ganku – ale witaj w moim  rodzinnym domu.
Na jego twarzy wymalował się jeden z największych i najszczerszych uśmiechów jakie kiedykolwiek widziałam. Wreszcie był naprawdę szczęśliwy.
- Dawno tu nie byłem – przyznał otwierając drzwi – Mamo! Tato!
Gdy usłyszałam zbliżające się kroki serce zaczęło mi mocniej bić, o wiele za mocno! Nogi zrobiły mi się jak z waty, na skórze pojawiła się gęsia skórka, a ciało ogarnęły dziwne dreszcze. Czułam się słabo, jakbym zaraz miała stracić przytomność i upaść na ciemne, mahoniowe panele.
- Zbyszku! Wreszcie przyjechałeś – około pięćdziesięcioletnia kobieta wycałowała swojego syna, a trochę straszy od niej mężczyzna uścisnął jego dłoń.
Rodzice.
- Też się cieszę, że Was widzę, ale pozwólcie, że Wam kogoś przedstawię – wtrącił, gdy jego mam już miała wypuścić ze swoich ust pokot słów.
- Ach tak, właśnie miałam pytać, kogo tu ze sobą przywiozłeś! – klasnęła w dłonie lustrując mnie swoim bystrym spojrzeniem.
Zielone tęczówki zbadały każdą doskonałość i niedoskonałość mojego ciała. Czułam jej wzrok na każdym milimetrze mojego ciała.
- To jest Agnieszka – objął mnie delikatnie, lecz jednakowo też i zaborczo – moja dziewczyna.
Przyznam, że pod ciężarem spojrzeń państwa Bartman nieco się speszyłam. Nieco bardzo! Policzki pewnie płonęły mi już ogniem. Trwaliśmy w napięciu i ciszy. Mierzyliśmy się spojrzeniami, jakbyśmy prowadzili na nie swego rodzaju wojnę. Modliłam się, żeby ktoś w końcu przerwał to milczenie. I mimo, że trwało ono kilka sekund, a nawet i zapewne milisekund, dla mnie była to cała wieczność.
- Miło Cię poznać – pani (jak mi wcześniej powiedział Zibi) Jadwiga wyściskała mnie chyba za wszystkie czasy.
Pierwsze koty za płoty.
Pan Leon również nie szczędził uścisków.
- Pierwszy raz witam dziewczynę mojego syna – tłumaczył swojej małżonce, która ze śmiechem wytykała mu zdradę.
- To może idźcie się odświeżyć, a ja podam obiad – zaproponowała Jadwiga – przygotował Twój pokój Zbysiu. Wystarczy Wam jeden, czy szykować drugi?
- Niech się pani nie kłopocze – szybko odmówiłam.
- Kochanie to już nie te czasy, co zakochani w dwóch pokojach śpią – rzucił Leon podszczypując swoją małżonkę w bok.
- Masz rację. No niech będzie. Zbysiu przygotowałam Twoją ulubioną pieczeń! – pociągnęła za policzki siatkarza, po czym zniknęła w kuchni.

- Maminsynek! – zaśmiałam się, gdy przekroczyliśmy już próg jego sypialni.
Ciemnoniebieskie ściany. Duże łóżku. Drewniane biurko, szafa i komoda. Na ścianach pełno dyplomów, pucharów i statuetek. Ach i duże okno, ukazujące piękny sad za domem.
- Odszczekaj to!  - zażyczył sobie przymykając nogą drzwi i odstawiając na bok walizkę.
- W samochodzie została jeszcze moja sukienka i twój garnitur – zmieniłam temat.
- Odszczekaj to – powtórzył zbliżając się do mnie.
- A co jeśli nie? – skrzyżowałam ręce na wysokości klatki piersiowej i powoli wycofywałam się do tyłu.
Ścinana.
- Zapędziłaś się w kozi róg – parsknął śmiechem rzucając się w moim kierunku niczym hiena na padlinę.
- Zmieniasz się w wilkołaka? – uniosłam brwi do góry.
- Chciałabyś – rzucił napierając swoimi wargami na moje.
W odwecie przygryzłam jego dolną wargę i błyskawicznie wyswobodziłam się z jego objęć. Zaczęliśmy ganiać się po całym pokoju, przewracając się o rzucane w swoją stronę poduszki po około 10 minutach skapitulowałam i zmęczona opadłam na łóżko. Chwilę później obok mnie spoczął także i Zibi. Podwinął do góry moja koszulkę. Palcem zaczął kreślić na brzuchu jakieś niezidentyfikowane przeze mnie wzorki,.
- Nudzi Ci się maminsynku? – uniosłam się do góry mierzwiąc dłonią jego włosy.
- Znowu zaczynasz? – również się podniósł i wykonując jeden zwinny ruch, zawisnął nade mną.
Tym razem przygryzłam swoją wargę widząc jak Bartman coraz bardziej nachyla się nade mną. I znów jego miękkie wargi spoczęły na moich. I znów poczułam szalejące w brzuchu motyle, a na rękach pojawiła się gęsia skórka.
- Ja Ci chyba jeszcze czegoś nie pokazywałem! – zerwał się na równe nogi i podbiegł do walizki – zamknij oczy – zarządził.
Przysłoniłam oczy dłońmi. Kilka sekund później poczułam coś ciężkiego na mojej szyi.
- Możesz już otworzyć.
Spojrzałam w dół, a widząc złoty medal uśmiechnęłam się szeroko.
- Medal jest dla Ciebie, a statuetkę oddam rodzicom – oznajmił ściskając w dłoniach swoją nagrodę indywidualną.
- Nie mogę tego przyjąć. Przecież to Twój medal – zaczęłam zdejmować krążek.
- Wygrałem go z myślą o Tobie. To Ty dałaś mi siłę aby walczyć.
Utkwił swoje przeraźliwie zielone tęczówki w moich oczach. Ułożyłam dłonie na jego policzkach zostawiając na jego ustach namiętny pocałunek.
- Chyba muszę częściej przynosić Ci medale – zaśmiał się znów zatapiając się w moich wargach.

Obiad upłynął nam w miłej atmosferze. Zbyszek opowiadał o zgrupowaniach w Spale i Lidze Światowej. Na prośbę matki wspomniał również o naszym pierwszym spotkaniu w sklepie Cecylii. Pan Leon prawie popłakała się z rozpierającej go dumy, gdy syn wręczył mu statuetkę.

Po obiedzie wybraliśmy się z Zibim na spacer po okolicy. Słońce świeciło niemiłosiernie. Nasunęłam na oczy okulary przeciwsłoneczne i starałam się dorównać kroków siatkarza, które jak się domyślacie były dwa razy dłuższe od moich.


***
Wow, melduje się z 38!
Wymęczoną i o niczym 38!

Sylwester już jutro.
Przydałoby się podsumować moje pokręcone życie.
Ciekawe czy znajdą się do tego chęci i przy 2013 potawie "plus", czy "minus".
A u Was jak?
Świetujecie w gronie znajomych czy przed telewizorem?
Rok był udany? Czy bardziej zmierzał ku apokalipsie własnego życia?

Pozdrawiam,
M. 

Ps. Oby 2014 był o wiele lepszy, nie tyle co dla mnie i Was, a dla naszych siatkarzy! 

sobota, 14 grudnia 2013

Trzydzieści siedem.

Byłam totalnie zaskoczona postawą Zbyszka na tych zakupach. Z wielką łatwością poruszał się między stojakami wybierając co rusz to nowe sukienki. Przymierzyłam już ich ponad dziesięć, ale żadna z nich nie miała – jak to określił Zibi – „tego czegoś”.
- Mam taką świetną propozycje – zagaiłam opadając na miękką kanapę w jednej z kawiarenek – może pójdziesz na to całe wesele sam? Nie będzie problemu z moją sukienką.
Popatrzył na mnie z mordem w oczach. Co uświadomiło mi, że to był głupi pomysł i nigdy nie wcielimy go w życie.
- Aguś, nawet nie myśl sobie, że zostawię Cię w Rzeszowie i pojadę sam do Warszawy.
- Wesele jest w Warszawie? – zaskoczona, aż otwarłam usta.
- Nie mówiłem Ci? – zmarszczył czoło.
- Nie raczyłeś.
Wzruszył ramionami pytają co słodkiego życzę sobie na wzmocnienie przed kolejną dawką sukienek do przymierzenia. Zdecydowaliśmy się na szarlotkę z bitą śmietaną.
- Po takiej bombie kalorycznej to ja się już w nic nie zmieszczę – mruknęłam podsuwając Zbyszkowi kawałek mojego deseru.
- Przestań tak gadać. Sama skóra i kości – zaśmiał się – zaczynam się obawiać, że następnym razem jak Cię przytulę, to zostaniesz zgnieciona.
- Bardzo zabawne, Bartman! – sprzedałam mu kuksańca w bok – już od jakiegoś czasu planuje zrzucić kilka kilogramów, ale ciągle powtarzam sobie, że zacznę od jutra.
- Iśka, nie pierdol! – fuknął regulując rachunek – mam najzgrabniejszą i najpiękniejszą dziewczynę na świecie! – dodał chwytając mnie za rękę i splatając ze sobą nasze palce.
Zrobiło mi się ciepło na sercu. Nazwał mnie swoją dziewczyną co wywołało u mnie niemałe palpitacje! Uśmiech sam wkradł mi się na usta. I pomyśleć, że przez swoją głupotę i przekonania mogłam to wszystko zaprzepaścić.
- Przyzwyczajaj się. Teraz będę Cię zabierać na wszystkie rodzinne spotkania – cmoknął w powietrzu podając mi kolejną sukienkę.
- W co ja się wpakowałam – mruknęłam do lustrzanego odbicia.
- Słyszałem to! – pokiwał z politowaniem głową zamykając drzwi przymierzalni.
Delikatnie włożyłam na siebie beżową sukienkę z grubymi ramiączkami, z bogato zdobionym gorsetem i zwiewnym dołem. Obróciłam się dookoła własnej osi wpuszczając do środka zniecierpliwionego już siatkarza.
- Chyba wreszcie znaleźliśmy idealną sukienkę – uśmiechnął się zawadiacko obejmując mnie od tyłu w pasie.
- Mi też się podoba – mruknęłam przeciągle czując wargi Zbyszka na moim ramieniu.
- Bierzemy ją? – zapytał patrząc przed siebie w lustro, w którym się odbijaliśmy.
- Jeżeli dzięki temu odwieziesz mnie do domu, to tak, bierzemy – obróciłam się i wbiłam palca między jego żebra, co nie wywołało u niego żadnej, nawet najmniejszej reakcji. Skubany, pakuje na siłowni.
- Jeszcze dokupimy dla mnie krawat – rzucił wychodząc z przebieralni.
Przebrałam się w swoje ubrania, a sukienkę powiesiłam na wieszaku. Zbyszek czekał już przy kasie z wyciągniętą na wierzch kartką kredytową. Po niemałej sprzeczce o to kto ma zapłacić, skapitulowałam i pozwoliłam mu zrealizować transakcje.
Zanim dokończyliśmy nasz maraton po sklepach, a okazało się, że Zbyszek potrzebuje jeszcze produktów do uzupełnienia lodówki, a ja kilku środków czystości i kosmetyków, na dworze zrobiło się już ciemno. Zamówiliśmy sobie chińszczyznę na wynos i wróciliśmy do samochodu.
Na dworze było całkiem ciepło. Mamy przecież początek wakacji.
- Zabiorę Cię w fajne miejsce – oznajmił odpalając silnik.
Po blisko piętnastu minutach znaleźliśmy się za miastem. Bartman skręcił w poczną, żwirową uliczkę prowadzącą na niewielkie wzgórze. Zaparkował auto na samym szczycie pagórka. Usiedliśmy na masce samochodu i zajadaliśmy się ryżem z warzywami i opiekaną piersią z kurczaka.
- Jestem najszczęśliwszym facetem w tej galaktyce – wręcz krzyknął pomagając mi zeskoczyć na ziemie, po czym mocno przytulił do swojego torsu.
- Zostańmy tu jeszcze – poprosiłam głęboko patrząc w jego zielone oczy.
- Jak sobie życzysz – uśmiechnął się szarmancko.
W czasie gdy Zbyszek chował puste pudełka po naszej kolacji ja usiadłam na trawie i wpatrywałam się w uśpione miasto. Chwilę później Zibi położył się obok mnie podkładając ręce pod głowę. Po jego długich namowach w końcu mu uległam i ułożyłam głowę na jego klatce piersiowej. Wbiliśmy wzrok w rozgwieżdżone niebo.
- Pomyśl życzenie – wskazał na spadającą gwiazdę – ale nie mów na głos, bo się nie spełni.
- Ja już. Teraz Twoja kolej – wskazał na kolejne lecące do ziemi światełko.
Zamyśliłam się. Zaczęłam się zastanawiać czego tak naprawdę chcę od życia.
Pieniędzy? Szczęścia? Zdrowia? Miłości? Rodziny?
Ewidentnie od życia najbardziej pragnę miłości. I choć trudno w to uwierzyć naprawdę tak jest. Pragnę miłości, tej która daje nieopisane szczęście i radość. Pragnę codziennie budzić się i zasypiać obok osoby, którą darze nadzwyczajnie silnym uczuciem. Obok niejakiego Zbyszka Bartmana, który teraz zakręca moje rude pukle włosów wokół swojego palca.
Życzę sobie, aby uczucie, które narodziło się między mną, a Zbyszkiem nigdy nie wygasło.

~~*~~
A czego on chce od życia? Czego on tak naprawdę pragnie i o czym marzy?
Pragnie Jej, tak bardzo jak niczego innego na świecie. Bardziej niż kontraktu z najlepszym klubem świata i złotego medalu olimpijskiego. Bardziej niż zaproszenia do telewizji śniadaniowej i poznania top modelek świata. Bardziej niż fortuny, której nigdy się nie dorobi. Pragnie jej ponad wszystko. Pragnie jej szczęścia, uśmiechu, bliskości. Kocha Ją i nic ani nikt tego nie zmieni.
Życzę sobie, aby uczucie, które narodziło się pomiędzy mną, a Agnieszką nigdy nie wygasło.
Podnieśli się do pozycji siedzącej. Uniósł do góry kąciki ust i układając swoje dłonie na obu policzkach dziewczyny przyciągnął jej twarz do siebie i wpił się w jej usta. Przeszłych ich dreszcze, które od samego początku towarzyszyły ich chociażby niewielkiemu zbliżeniu; dotknięciu dłoni, przypadkowym muśnięciu skóry opuszkiem palca.
- Kocham Cię – wyszeptał tuż nad jej uchem składając pocałunek na jego płatku.
- Ja Ciebie też, Zbyszku – przylgnęła do jego torsu, a on objął ja ramieniem.
Czuła się bezpiecznie.

A on wreszcie poczuł, że ma dla kogo żyć i walczyć o każdą piłkę. 

środa, 4 grudnia 2013

Trzydzieści sześć.

People stop to turn and stare
Everywhere she goes
Dollar signs and crimson hair
She will steal your soul

Budzę się z uśmiechem na ustach i obawą w głowie. Tysiące pytań. Tysiące całkiem sprzecznych myśli. Potrząsnęłam głową, chcąc pozbyć się wszystkich negatywnych obaw. Powłóczając nogami podążyłam do łazienki. Odkręciłam kurek z ciepłą wodą, która powoli wypełniała wannę. Spojrzałam na swoje lustrzane odbicie, a palcem przejechałam po wargach, na których pozostał jeszcze  dotyk Zbyszkowych ust. 
Rozmyślając nad tym jak to cudownie, że dziś sobota w wannie spędziłam blisko pół godziny, a z letargu nieskazitelnej przyjemności wyrwał mnie dopiero dzwonek do drzwi. Zerwałam się na równe nogi, pośpiesznie wybierając się ręcznikiem. Drugim owinęłam nagie ciało i zostawiając na podłodze mokre ślady spojrzałam przez wizjer. Bartman. 
- Tęskniłem - wpadł do mieszkania miażdżąc mnie naciskiem swoich ramion.
- Zibi przecież to tylko kilka godzin - pokręciłam z niedowierzaniem głową.  
- Zbyt długo nie miałem Ciebie aby teraz tracić czas. Alee widzę, że Ci w czymś przerwałem - zmierzył mnie wzrokiem. 
- No jakby nie patrząc to tak - wyszczerzyłam się mocniej zaciskając ręcznik. 
- Powiedziałbym, że mogłabyś tak zostać, ale mamy ważną sprawę do załatwienia. Jadłaś śniadanie? - zapytał, gdy ja z powrotem byłam już w łazience.  
Zgarnęłam z pralki przygotowane wcześniej ubrania i zaczęłam zakładać bieliznę, gdy usłyszałam skrzypienie drzwi. Odwróciłam się i zobaczyłam opartego o futrynę Zbyszka. Buńczuczny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Zrobiło mi się strasznie głupio, więc szybko okryłam się ręcznikiem. 
- Nie masz czego się wstydzić. Myślisz, że nigdy..
- Bartman nawet nie kończ tego co chciałeś powiedzieć - pogroziłam mu palcem. 
- Dobra - jęknął strzelając focha - chciałem się zapytać co chcesz na śniadanie, ale jeżeli jesteś dla mnie niemiła to śniadania nie będzie - obrócił się na pięcie i wyszedł. 
 Nałożyłam krótkie spodenki, a do środka wpuściłam luźny, gładki T-shirt. Przeciągnęłam rzęsy tuszem i rozczesałam włosy, które szybko zaplotłam w warkocz. 
 Zbyszka odnalazłam w salonie. Przeglądał jakiś album ze zdjęciami. Niezauważalnie przeszłam do kuchni, gdzie czekało na mnie śniadanie: kubek gorącej herbaty i kilka tostów z kremem orzechowo-czekoladowym. Usiadłam obok Bartmana i pocałowałam go w policzek. 
 - Dziękuje - posłałam w jego kierunku uśmiech i zaczęłam zajadać się tostami. 
- Masz tu nutelle - wyszczerzył się wskazując na kącik moich ust. 
 Przyłożył kciuk i starł krem. Przejechał palcem na mój policzek i przez chwilę badał strukturę mojej skóry. Napięcie rosło. Serce zwiększyło uderzenia na minutę, a gula w gardle uniemożliwiała mi swobodne oddychanie.
Zbyszku, ewidentnie źle na mnie działasz.
Specjalnie drażnił się ze mną. Powoli przybliżał się do mnie, owiewając moją twarz swoim miętowym oddechem. Miażdżyłam między palcami materiał jego koszulki wbijając się coraz bardziej w oparcie kanapy.
Przecież ja miałam się nie zakochać.
Jego miękkie wargi przylgnęły do moich. Napierał na mnie całym swoim ciężarem wciskając mnie w beżowe poduszki. Zibi lekko poruszył nogą trącając przy tym stojący na ławie kubek. Naczynie z impetem spadło na podłogę rozpadając się na małe kawałeczki.
- Kurr… - burknął zbierając co większe kawałki porcelanopodobnego tworzywa.
- Ty to wszystko potrafisz zepsuć – zaśmiałam się, pomagając mu ogarnąć powstały bałagan.

Po chwili panele w salonie były już ogarnięte, a my zbiegaliśmy po schodach prawie zaliczając bolesne spotkanie z zimną posadzką. Rozgościłam się na fotelu pasażera w Zbyszkowym samochodzie i przez dłuższy czas próbowałam rozgryźć gdzie jedziemy.
- Serio? – jęknęłam, gdy siatkarz włączył kierunkowskaz – jedziemy na zakupy?
Galerie to moja zmora, nocny koszmar i pod tym względem kompletnie różnie się od wszystkich innych kobiet – rasowych zakupoholiczek.
- Bo w weekend szykuję się bardzo ważna okazja i musisz kupić sukienkę – objął mnie w pasie i zamknął samochód – to znaczy ja muszę kupić ją Tobie.
- Ale po co? – spojrzałam na niego niczym na największego debila na świecie.
- Idziesz ze mną na wesele – cmoknął mnie w policzek, gdy przekraczaliśmy próg galerii.
- I Ty mnie o tym teraz tak spokojnie informujesz? – fuknęłam.
- Przypomniałem sobie dzisiaj rano jak zobaczyłem zaproszenie na półce – wzruszył ramionami.
- Ale przecież…
- Nie marudź Słońce. Chodźmy kupić sukienkę – pociągnął mnie w stronę najbliższego sklepu.

Bartman, ja Cię kiedyś zabije. A później siebie. Bo bez Ciebie już nie istnieje. 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Trzydzieści pięć.

Gdy miłość jest silniejsza od rzeczywistości.

Całe popołudnie spędziłam na kanapie oglądając od początku pierwszy sezon Dr. Housa. Miałam na sobie luźne dresowe spodnie ze ściągaczami przy nogawkach i białą obcisłą bokserkę. Właśnie wracałam do salonu ze szklanką zimnej coca-coli, gdy rozdzwonił się dzwonek do drzwi. Odłożyłam napój na ławę i poprawiając związany na czubku głowy koczek przekręciłam zamek. Przed moimi oczami wyrósł bukiet storczyków, zza którego po chwili wyłonił się Zbyszek.
- Nie wiem czy masz jakieś plany, ale gdybyś nie miała to przyniosłem pizzę w pakiecie z moim towarzystwem  - uśmiechnął się podając mi kwiaty – mogę wejść?
Podziwiałam go za tą determinacje, po tylu moich odmowach i ucieczkach, on ciągle trwa z nadzieją, że zgodzę się z nim być. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, co nie zmienia faktu, że zdobycie mnie może być tak trudnym wyczynem jak wdrapanie się na Mount Everest.
Wpuściłam go do środku wskazując drogę do salonu. Kwiaty włożyłam do wazonu, a pudełko na kuchennym blacie.
Po chwili siedzieliśmy już na sofie w dość znacznej odległości i zajadaliśmy się jeszcze gorącymi trójkątnymi kawałkami pizzy.
- Kim był ten facet, który dzisiaj do Ciebie przyszedł? – zapytałam wstawiając brudne naczynia do zlewu.
- Kubiak – wzruszył ramionami – powinnaś go kojarzyć ze Spały – odparł delikatnie podnosząc mnie do góry i odstawiając na bok – ja zmywam, a Ty sobie usiądź.
Podskoczyłam w wdrapałam się na rząd kuchennych szafek. Z ogromnym rozbawieniem obserwowałam jak mężczyzna tak dużych gabarytów jak Bartman z niemałą trudnością porusza się po mojej niewielkiej kuchni.
- Na co tak patrzysz? – zdziwiony uniósł głowę do góry prawie uderzając się w wiszącą nad nim półkę.
Wybuchnęłam głośnym śmiechem, czym tylko dorzuciłam drwa do ognia. Zbyszek błyskawicznie zanurzył dłonie w utworzonej z płynu do mycia naczyń piany, po czym zdmuchnął ją na mnie.
- Tak się bawić nie będziemy, panie Bartman! – pogroziłam mu placem, choć i tak moje „groźby” nie zdały rezultatu.
Jak gdyby nigdy nic pozostawił resztki piany na moim nosie, a mokrą rękę wytarł o moje spodnie. Był tak cholernie blisko. Ułożył dłonie po obu stronach moich bioder i wpatrywał się we mnie tymi swoimi zielonymi tęczówkami. Mózg wysyłał miliardy ostrzeżeń i zapalał czerwone lampki chcąc zwrócić na siebie moją uwagę. Jednak to serce  już dawno wygrało tą walkę tylko bałam się do tego przyznać przed samą sobą. Teraz chyba zebrał wystarczającą odwagę, aby spróbować dać komuś miłość, dać komuś całą siebie i bezgranicznie kochać. Chyba wreszcie do tego dorosłam.
Ułożyłam dłonie na jego torsie, głęboko patrząc w jego oczy. Zastygliśmy w bezruchu wzajemnie zatopieni w swoich spojrzeniach.
- Porozmawiajmy. Tak na poważnie – zaproponował pomagając mi zeskoczyć na podłogę.
Przeszliśmy do salonu, gdzie usiedliśmy obok siebie na kanapie. Nie milczeliśmy. Zbyszek od razu zaczął rozmowę, łapiąc mnie za dłoń i delikatnie głaszcząc ją kciukiem.
- Wiem, ze Ty ciągle się boisz i wahasz, ale pozwól mi zaistnieć w Twoim życiu.
- Zibi.. – przerwałam mu.
- Poczekaj, teraz ja mówię – uśmiechnął się – chcę spędzać z Tobą każdy dzień. Budzić się i zasypiać przy Tobie. Chce byś przy moim boku stała się najszczęśliwszą kobietą na świecie. Kocham Cię…
Uniosłam kąciki warg do góry zarzucając ręce na szyję Bartmana. Przylgnęłam całkowicie do jego klatki piersiowej wdychając zapach jego perfum. Zapach, który zapamiętam chyba na zawsze.
- Chyba wreszcie dojrzałam do tego uczucia – szepnęłam nie odrywając się – a przynajmniej postaram się dojrzeć.
Poczułam jego dłoń na moim policzku. Kciukiem uniósł mój podbródek. Jego miękkie wargi naparły na moje z nadzwyczajną delikatnością, subtelnością i namiętnością. Oddawałam każdy pocałunek, pragnąc by ta chwila nigdy się nie skończyła.
W porę zorientowałam się, że i mnie może spotkać szczęście. Pomimo tego, że w mojej głowie krążyło mnóstwo wątpliwości i sprzecznych myśli odważyłam się wykonać krok do przodu. I choć nie wiem co przyniesie jutro, trwam obecną chwilą.

Długo siedzieliśmy na kanapie. Przylegałam plecami do jego torsu i bawiłam się jego prawą dłonią, w czasie gdy on oddechem rozwiewał pasma moich włosów, podśmiewując się pod nosem.
- Teraz już nigdy Cię nie zostawię – oznajmił z naturalną dla niego pewnością siebie.
- Przykro mi panie Bartman, ale czas iść spać – wstałam i wyciągnęłam do niego dłoń – czyli musisz już iść do domu.
- Chyba masz rację – pokręcił głową, po czym z fotela zabrał swoją bluzę.
Otworzyłam na rozcież drzwi do mieszkania, ale Zbyszek nie miał w planach szybkiego opuszczenia moich czterech kątów.
- Będę cholernie tęsknił – mruknął, przytulając mnie i całując w czoło.
- Zibi, to tylko noc – zaśmiałam się popychając go w stronę wyjścia – dobranoc – pomachałam mu na pożegnanie, gdy powoli schodził po schodach.
-Dobranoc – wrócił się, po czym wpił się moje usta.
Gdy tylko jego sylwetka zniknęła piętro niżej, zamknęłam drzwi mieszkania i z komody wygrzebałam mój pamiętnik. Dziś przełomowy dzień mojego życia.

Każdy ma prawo do szczęścia, a ja właśnie pojęłam istotę tego szczęścia.
Odwaga to od teraz moje drugie imię.
I to wszystko dzięki Tobie Zbyszku.
Kiedyś, gdy zdobędę się na jeszcze większą odwagę pokaże Ci te zapiski.
A Ty wtedy się uśmiechniesz i powiesz jak bardzo mnie kochasz.

Tak będzie, zobaczysz”


***

kolejny rozdział.
kolejne przełomy.
kolejne nierealistyczne sytuacje.
że też w moim życiu nie może być tyle miłości.